Katarzyna Kasia komentuje zaczepki Kanału Zero: nie poczułam żalu
„`html
Lubię czasem zaglądać do sklepów z odzieżą używaną, choć nadal w całkiem dobrym stanie. Przyjemność tej wizyty opiera się przede wszystkim na ciekawości — czy wśród tych ubrań znajdzie się jakaś wyjątkowa kreacja, którą mogłabym uratować przed zapomnieniem, a która potem pozwoli mi się wyróżnić na ulicy czy podczas spotkań. Gdy robię zakupy w okolicach Hali Mirowskiej, zawsze natrafiam tam na ludzi sprzedających rozmaite przedmioty. Często wystarczy chwila zawahania przy jakimś ekstrawaganckim sztucznym futerku, by usłyszeć serdeczne: „Pani przymierzy, kochaniutka! To jak na panią szyte!”.
Magia języka i codzienne podsłuchiwanie
Dodatkowo, bardzo lubię słuchać rozmów między ludźmi. Może to przypominać podsłuchiwanie, ale robię to z zupełnie innych pobudek — wyszukuję ciekawe zwroty, niebanalne metafory, niezwykłe powiedzonka, które wzbogacają moją codzienność. Kiedy stoję przy wieszaku w lumpeksie, moją uwagę przyciąga często nie tyle sama odzież, ile to, co się dzieje wokół, zwłaszcza rozmowy toczące się przy ladzie.
Rozmowy przy ladzie
Ostatnio dwie klientki prowadziły tam żywiołową wymianę zdań ze sprzedawczynią. Obie panie dźwigały naręcza zakupów: sweterki, spódnice, krawat dla szwagra, buty, biżuterię z plastikowych perełek, szalik dla męża. Mimo udanych łowów narzekały jedna przez drugą. Pierwsza mówiła: „Ciągle tu przychodzę, tyle wydaję, a w szafie już nic się nie mieści”. Druga dorzuciła: „Ja panią rozumiem, chyba uzależniłam się od tych zakupów, bo prawie codziennie muszę sobie coś kupić”.
- Zachwyciło mnie jednak szczególnie jedno zdanie, które wypowiedziała sprzedawczyni: „No bardzo mi przykro, że mi wcale nie jest przykro, że tak mnie kochacie”.
Jak tylko to usłyszałam, poczułam przypływ radości i wiedziałam, że mogę ruszyć dalej w zimowy dzień z nową, rozgrzewającą mnie frazą na ustach. Czasami to właśnie takie słowa potrafią poprawić humor bardziej niż najcieplejszy płaszcz.
O trudnej sztuce dystansu i inkluzywności
Po powrocie do domu zobaczyłam w telefonie kilka wiadomości od znajomych, którzy poinformowali mnie, że całkiem niespodziewanie trafiłam na okładkę materiału Kanału Zero jako „oszalała lewaczka” nawołująca do używania języka inkluzywnego. Chodziło o drobnostkę – w programie powiedziałam, że Grenlandia jest słabo zaludniona, więc na kilometr kwadratowy przypada zaledwie ułamek osoby grenlandzkiej.
Język, poczucie humoru i dystans
Ta uwaga stała się pretekstem do krytyki języka neutralnego, rzekomo uwłaczającego językowi polskiemu. Zamiast denerwować się, poczułam tylko, że „bardzo mi przykro, że wcale mi nie jest przykro”. Uważam, że brak poczucia humoru i dystansu to cechy nie do przeszczepienia — nie można ich nikomu podarować czy wytrenować na siłę. Poza tym, jeśli komuś nie odpowiada inkluzywność, niech pozostanie w świecie ekskluzywnych rozwiązań, ale niech nie dziwi się, że nie wszyscy będą chcieli się z nim bawić.
Kształcenie i znaczenie języka
Kto chce pouczać innych w kwestii poprawności językowej, powinien dysponować odpowiednimi kwalifikacjami, inaczej zupełnie nie rozumiem, dlaczego mam traktować takie pouczenia poważnie. Język jest dla mnie fascynującą strukturą, dzięki której świat może stać się łatwiejszy do oswojenia, mniej szorstki i bardziej przyjazny. Uczenie się wzajemnego nieobrażania nikogo nie kosztuje wiele wysiłku, a jest w tym ogromna wartość.
- Od lat uczę studentów i zawsze powtarzam, że nie widzę w tym nic rażącego ani niewłaściwego.
- Z czasem zaczyna się to lubić i nabierać w tym wprawy.
Pewnego dnia usłyszałam od pięknej osoby: „Kocham pani słuchać w radiu, bo mówi pani »osoby«, i wtedy czuję, że ktoś wreszcie zwraca się właśnie do mnie”.
„`
